Jeśli kiedykolwiek istniała czynność bardziej uporczywa niż nauka matematyki, ponad wszelką wątpliwość tą czynnością było robienie zakupów. To brzmi tak dziwnie z kobiecych ust, ale zgadza się, należałam do tej znacznie zawężonej grupki płci pięknej, która wolała stać przed sklepem, czekając na kogoś niż samemu przebierać w oferowanych przez producentów dobrach materialnych, ekonomicznie mówiąc. Tamtego popołudnia jednak, zdecydowałam się wybrać do centrum Crow Cove, gdzie obiecałam mamie zrobić zakupy. Byłam bowiem tak znudzona, że Eva przed wyjazdem do Chagford postanowiła wymyślić mi zajęcie, żebym przypadkiem korzeni nie zapuściła. Co stało się z Luke'iem, który przyszedł w nocy? Ja też się zastanawiałam, jednak nie zamierzałam szczególnie się w to zagłębiać. Gdy położyłam się w jednej z wolnych sypialni, długo nie mogłam zasnąć, cały czas myślałam o nim. Jakkolwiek dziwne to nie było... wyobrażałam sobie zapach chłopaka, wyobrażałam sobie jak wtulam nos w jego klatkę piersiową, wyobrażałam sobie, że obejmuje mnie swoim silnym ramieniem. Wstydziłam się tego, powinnam się wstydzić... Tak myślę. Przecież Sulivan zachowywał się jednoznacznie, nie pociągałam go, bo hej, nazywał mnie dzieciakiem. No i ja nie znałam się na tych wszystkich miłosnych sprawach. On wyglądał na takiego, co wiedział więcej niż niejeden doświadczony, dorosły mężczyzna po czterdziestce, ja wyglądałam na taką, co... dorównywała praktyką, a w niektórych momentach nawet teorią, dzieciom z podstawówki. To był powód, dla którego postanowiłam dać sobie z nim spokój. Luke mógł się na mnie co najwyżej zawieść.
Przyjemny zapach detergentów zmieszanych z wonią kosmetyków uderzył o moje nozdrza, kiedy weszłam do jedynej drogerii w miasteczku. „Chryzantema". Niewielki budynek, wciśnięty między spożywczakiem, a apteką na Peyton Street, był przytulny, a od pastelowych kolorów ścian, odbijały się ostre barwy flakoników najróżniejszych kosmetyków. Chwyciłam koszyk na zakupy i raz jeszcze przejrzałam listę. Musiałam w tym pomieszczeniu pełnym ludzi znaleźć płatki kosmetyczne. Zabawne, mama dopisała „coś dla ciebie", tyle że ja naprawdę niczego nie potrzebowałam. Przynajmniej nie do malowania. Jak bardzo lubiłam tworzyć kreski farbami na płótnie, tak bardzo nie znosiłam tworzenia jakiś kresek mazidłami na twarzy. W sumie... nigdy nie zrobiłam sobie makijażu sama, kiedy miałam dwanaście lat mama umalowała mnie na balik przebierańców... Nie dość, że rozmazałam tusz i zjadłam pomadkę, to w toalecie przypudrowałam nosek bronzerem. Od tamtego czasu odpuściłam sobie, chociaż w sumie, mogłabym kiedyś spróbować, przecież Eva uwielbiała te wszelkiego rodzaju mazidła, trzymała je nawet w dwóch specjalnych torbach...
Rozważałam za i przeciw, kiedy w tłumie ludzi wyłapałam wzrokiem jedną z koleżanek Luke'a i Toma. O ile się nie mylę miała na imię Caroline, ale głowy sobie uciąć nie dam. Z niewiadomych przyczyn poczułam strach. Jakby dziewczyna miała w następnej kolejności, po wybraniu odpowiedniego błyszczyka wyciągnąć dubeltówkę i mnie przestrzelić. Skarciłam się za to, niemniej nie zamierzałam podchodzić do blondynki. Zamarzyło mi się stanie się niewidzialną. Gdyby tylko któreś z perfum po mojej prawej okazały się miksturą niewidzialności. Tak, mogłam pomarzyć. Na moje nieszczęście Caroline ruszyła w stronę półki obok której stałam. Przełknąwszy głośno ślinę, zamierzałam jeszcze jakoś się wywinąć, ale to nie był mój dzień, bowiem ona nie szła do perfum, ona szła do mnie. Promienny uśmiech ozdobił pomalowane bordową szminką usta dziewczyny.
- Aspen, cześć! - powiedziała, a jej głos brzmiał trochę inaczej niż tamtego wieczoru. Może to kwestia trzeźwości? Nie wiem, bardziej skupiłam się na jej wyglądzie. Caroline była wysoka, mogła mieć nawet ponad metr siedemdziesiąt pięć, jeśli nie metr osiemdziesiąt. Mimo wszystko i tak ubrała buty na obcasie, które idealnie podkreślały jej długie, smukłe, opalone nogi. W Crow Cove słońce nie świeciło często, no i mieliśmy jesień, dlatego domyśliłam się, iż używała samoopalacza, albo chodziła na solarium. Mimo to Caroline nie była sztuczna. Jej mocny makijaż nie był tapetą, a ułożone na szczotkę, jasne włosy nie były wylakierowanym kaskiem. Pasowało jej to, dodawało takiej otoczki pewnej siebie, wygadanej, młodej kobiety. - Miło cię widzieć. - Pochyliła się, żeby ucałować mój policzek, a ja poczułam przyjemną woń kwiatowej mgiełki. Owszem, Caroline nie była Luke'iem, lecz mój polik i tak oblał się czerwienią.
- Cześć - palnęłam, również składając pocałunek na jej gładkim poliku.
- Sobotnie zakupy? - Dziewczyna rozmawiała ze mną jakbyśmy były starymi znajomymi. Zdawała się tak samo pozytywna jak Tom Fobres... Boże, czy wszyscy małomiasteczkowi ludzie tacy są?
- Tak jakby, potrzebuję płatki kosmetyczne i... - Spojrzałam na nią jakby w panice. Koszyk Caroline pełen najróżniejszych mazideł rzucał się w oczy. - Czerwoną pomadkę. - Nawet nie zastanowiłam się dobrze nad swoimi słowami.
- Tu nie dostaniesz. - Machnąwszy ręką, poszła w jedną z alejek, gdzie widniały chusteczki do demakijażu, zmywacze do paznokci i jakieś preparaty na pryszcze. Blondynka wrzuciła to, czego szukałam do mojego koszyka, a ja dodałam tam jeszcze jeden z tych zaskórniakobójczych, magicznych płynów. - Będę robiła zamówienie na stronie Inglota, możesz się dopisać jeśli chcesz, te matowe ala w kredce są cudne... - Zaczęła swoją rozkminę na temat pomadek, podczas gdy ja tylko potakiwałam, udając, iż wiem o co chodzi, a prawda była taka, że nie miałam nawet pojęcia czym jest Inglot.
- Możesz mnie w sumie dopisać... - Siliłam się na uśmiech, kiedy wraz z Caroline udałyśmy się do kasy, żeby zapłacić za nasze zakupy. Miałam rację, była wygadana i bardzo jowialna, czego dziewczynie strasznie zazdrościłam.
Okazało się, że wspólne chodzenie po drogerii nie jest wcale takie złe. Zaczęłam chyba rozumieć istotę robienia zakupów ze znajomymi, bo wtedy więcej jest pogadanek niż zakupów. Wciąż jednak nie byłam do końca ufna, rozmawiając z nią. Mama zawsze powtarzała, że kobiety są sto razy gorsze niż mężczyźni. Są pamiętliwe, mściwe, wredne, obłudne. Caroline na taką nie wyglądała, niemniej nie zamierzałam ryzykować.
Kiedy wyszłyśmy na zewnątrz, poczułam przeszywające zimno, dlatego mocniej opatuliłam się rudym, wełnianym swetrem, który miałam na sobie.
- To co, kiedy idziemy gdzieś jeszcze? Może ciuszki?
- Innym razem. - Mimo wszystko tak nagle nie stałam się ogromną fanką zakupów i raczej do dziś mi to nie grozi. - Serio, potrzebuję znikać, bo ten... mama wróci z Chagford, dziś nie poszła Pokreślonego Domu...
- Pracuje nad malunkami stamtąd? - Caroline przejrzała telefon i napisała smsa. - Ciekawe są chociaż? - Skinęłam.
- Są niesamowite. Każdy ma w sobie coś, co po prostu zapiera dech w piersiach, musiałabyś zobaczyć, Caroline.
- Widziałam. - Wzruszyła ramionami. - Nie wzrusza mnie sztuka, już prędzej teatr, kino. Ale podziwiam ludzi, którzy są na nią wrażliwi. - Szczery uśmiech wdarł się na moje usta. - Nie powinnam cię tu zostawiać, bo to kurewsko chamskie. - Wtem usłyszałam warkot silnika. To nie był pick-up, tym razem... Luke przyjechał na motocyklu. - Dlatego załatwiłam zastępstwo, spadam na teatralne, ale kiedyś się zgadamy. Sulivan poda ci mój numer.
Pełną uwagę poświęciłam temu jak poprawia rozwichrzone włosy po zdjęciu kasku i przegryzając dolną wargę, podchodzi do nas. Coś było w Luke'u takiego, że gdy na niego patrzyłam, powietrze tak nagle stawało się gęstsze, a grunt pod nogami niemal mi ulatywał. Zaczerwieniłam się... od samego patrzenia w jego stronę. A miałam odpuścić...
- Co jest, Care? - Chłopak spojrzał najpierw na nią, a potem kładąc dłoń w tali Caroline, ucałował ją w polik. Oni wszyscy chyba mieli jakiś fetysz do tych pocałunków.
- Cholera, drapiesz. - Oberwał kuksańca w bok, na co tylko zacmokał.
- Powinnaś zacząć jeść mydło, Blondi.
- Tak, świetnie. Miałeś podrzucić mnie na Plants, ale wrzosowiska są dalej, podrzuć Aspen. - Dopiero wtedy jego błękitne oczy zlustrowały mnie całą. Luke skinął, a Caroline pokiwała mi, jednak wcześniej się zawahała. - Albo nie. Jest ładnie, macie czas, a ja nie bardzo...
- Co ty robisz? - Sulivan zarechotał, kiedy dziewczyna zabrała kask i kluczyki, a potem bez słowa wsiadła na motor. Nie zareagował jednak, nie kłócił się, tak po prostu pozwolił blondynce odjechać, by następnie zwrócić się w moją stronę.
- Jest wspólny, a Care płaciła za naprawę, gdy go prawie zajechałem, więc nie mam nic do gadania. - Westchnął ciężko. - Baby. Ale chyba lepiej, że spędzę czas z tobą, nie z tą wariatką. - Jak zwykle z początku... musiałam się oswoić, by zacząć normalnie z nim rozmawiać. - Idziemy do pensjonatu, czy masz lepszy pomysł?
- Jest po piątej, zaraz zrobi się ciemno... - Oblizałam usta, zerkając w stronę Luke'a. - Naprawdę masz czas?
- Tak, miałem pierwszą z rzędu poranną zmianę, więc do dziewiątej następnego dnia w sumie nic nie robię. - Chłopak przeczesał włosy palcami. - Ty musisz wrócić do dziesiątej jeszcze dzisiaj, hm?
- Chyba. - Owszem, chciałam do łóżka, ale skoro miałam okazję spędzić trochę czasu z Luke'iem... Dlaczego by nie... - Pokreślony Dom stoi pusty.
- Postanowione, znam taki fajny skrót.
- Wiesz, że wolę tradycyjne drogi.
- Wciąż mi nie ufasz? - Spojrzałam na Luke'a z figlarnym uśmiechem.
- Może.
- Morze jest głębokie i szerokie, Aspen Barymoore. - Puściwszy mi oczko, ruszył w swoją stronę. No tak. Był Luke'iem Sulivanem, a gierki słowne widniały jako jego domena.
~*~
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz