Droga była wyznaczona w dziwny, nietypowy sposób. Najpierw prosto, chwilę później zakręt, następnie znów prosto, a potem podwijała się w górę, by powtórzyć poprzednie ruchy. Przecinała ją zupełnie inna, która pojawiła się znikąd tak nagle. Wtem nastąpił rozprysk. Nie było już żadnej, pierwotnie powstałej drogi. Pojawiły się natomiast zupełnie nowe, kierujące się w dosłownie każdą stronę świata. Krople deszczu opadające z ogromną siłą na szybę pick-upa tworzyły te drogi i to na nich zawiesiłam wzrok. Nie chciałam patrzeć na żadnego chłopaka. Oboje zdawali mi się tacy przerażający. Popełniłam błąd. Nic nie powiedzieli, jednak ja to poczułam. Całą sobą. Sparaliżował mnie strach, a świadomość prawdopodobnego niebezpieczeństwa odebrała mowę. Jakbym bez tego potrafiła sensownie się wyrazić. Jak na siedemnastolatkę, byłam naprawdę mało kontaktowa, zwłaszcza siedząc w samochodzie należącym go Groźnego Chłopaka z Jachtu i Tajemniczego Chłopaka z Pokreślonego Domu który zastanawiającym zbiegiem okoliczności bardziej wzbudzał moje zaufanie.
Przeniosłam na niego wzrok. On również wpatrywał się w okno. Był skupiony, a jego błękitne, rozmarzone oczy, świadczyły o tym, że myślami jest gdzieś daleko stąd. Nagle w moim sercu zrodziła się potrzeba zapytania gdzie pognał. Przecież tak tępo patrzyłam tylko, gdy mama tłumaczyła mi matematykę. Zgadza się, nie rozumiałam matematyki.
Nieznacznie poprawiłam się na siedzeniu. Byłam cała mokra od deszczu, a w dłoniach mocno ściskałam swój szkicownik. Zapewne wyglądałam jak ostatnia idiotka, ale nie obchodziło mnie to. Naprawdę nie potrzebowałam, by któryś z nich widział we mnie ideał piękna. Zamarzyłam tylko o domu, albo raczej pensjonacie pani Jenkens oraz ciepłym łóżku.
- Skąd jesteś? - zapytał wreszcie Fletcher w moją stronę. Prowadził, a całą drogę rozmawiał przez telefon. Ja i Luke natomiast zajęliśmy dwie przeciwne strony tyłu.
- Z... - zawahałam się. Nie miałam pojęcia jak na to odpowiedzieć. Skąd ja tak właściwie pochodziłam? - Znikąd - odparłam krótko, ale nie opryskliwie. Poczułam na sobie moc spojrzenia błękitnych oczu, gdy to powiedziałam.
- Każdy skądś jest, dzieciaku. - Zarechotał, a ja się speszyłam.
- Z Nowego Jorku - skłamałam, ponieważ to miejsce przyszło mi na myśl najpierw. - Mój tata mieszka w Queens. - Luke uniósł jedną brew, a potem tylko skinął.
- Fajnie. - Pokręcił głową z uznaniem. - Widziałaś Broadway z bliska? - Teraz to ja się zaśmiałam, a on najwidoczniej nie wiedział czemu chichoczę. - To było zabawne?
- Tak, Luke. - Poprawiłam mokre włosy.
- Chwila... Tak było, czy tak widziałaś? No i miło, że znasz już moje imię. Jak widzisz w Crow Cove zła sława leci za człowiekiem szybciej niż wieje dzisiaj w porcie. - Przez chwile milczałam. Musiałam zastanowić się nad odpowiedzią.
- I to, i to. Zaśmiałam się, bo ktoś kto mieszka w Nowym Jorku był na Broadway'u z miliard razy. - Wyjaśniłam powoli, a z każdym moim słowem on coraz bardziej marszczył nos. Patrzył na mnie, gdy mówiłam. Inaczej. On próbował patrzeć mi w oczy, jakby wychwycił to kłamstwo.
- Masz dziwny akcent.
- Och. - Jego wypowiedzi były wybitnie... inne, nieprzewidywalne. Naprawdę, nie potrafiłam zgadnąć jak potoczy się ta rozmowa. Luke coraz bardziej mnie intrygował. - Możliwe, taki pseudo-amerykański. - Delikatny uśmiech ozdobił jego wargi.
I znów milczeliśmy, ja wróciłam spojrzeniem za okno, lecz wciąż czułam jego wzrok na swoim profilu. Jakby próbował mnie nim zlustrować, jakbym była dla niego równie intrygująca, co on dla mnie. Z każdą chwilą moje policzki robiły się coraz cieplejsze. Dlaczego tak reagowałam?
- Tommy dzwonił. - Ciszę znów przerwał donośny głos Fletchera. - Moknie przy Burbon Street, wiesz co jest. - Zwrócił się do Luke'a, który zaklął pod nosem. - Jadę tam.
Przecież mieli mnie odwieźć! I znów się przestraszyłam, mocno zaciskając wargi, mimo wszystko nie starczyło mi odwagi, by zaprotestować. Wyłącznie cicho westchnęłam, czym niestety zwróciłam na siebie uwagę Sullivana.
- Jeszcze z nami posiedzisz, dzieciaku. - Przeniosłam na niego zdezorientowane spojrzenie. - Ej, nie bój się. - I znów się zaśmiał. - Nie podpadłaś, nic ci nie zrobimy.
Nie podpadłaś, a co jeśli bym podpadła?! Kim oni w ogóle byli? Naprawdę żałowałam, że wsiadłam z Luke'iem do pick-upa. Przecież nie zrobiłam niczego złego... Z jakiej racji los obdarował mnie takim obrotem spraw? Może to kwestia głupoty? Zachowałam się jak ostatnia idiotka, ulegając błękitowi oczu Tajemniczego Chłopaka z Pokreślonego Domu i wiedziałam o tym.
- Zatrzymaj się, chcę iść do domu. - Sama byłam zaskoczona mocą swojego głosu w tamtym momencie. Oboje spojrzeli po mnie pytająco.
- Jednak zadziora? - Parsknął kierowca, ale wykonał moje polecenie. Zaparkował przy Honeycutt Ave, to znaczy między biblioteką, a fotografem. Świetnie, za dwie przecznice musiałam tylko skręcić w leśną drogę, a stamtąd piętnastominutowym spacerkiem miałam dostać się na wrzosowiska.
- Aspen, nie wygłupiaj się. - Luke ułożył rękę na mojej ręce, kiedy sięgnęłam klamki, a ja poczułam jak na chwilę paraliżuje mnie dziwne mrowienie dłoni. To nie tak, że czułam do niego coś szczególnego. Po prostu jeszcze nigdy w życiu, żaden chłopak nie zrobił choć podobnego ruchu wobec mnie. Niemniej musiałam prędko się pozbierać.
- Już się wygłupiłam... pchając się w... to, cokolwiek wy dwoje z tym całym Tommym robicie. - Spojrzałam na chłopaka znacząco, następnie zabierając swoją dłoń. Teraz oboje się już śmiali. Nie było zatem warto dłużej rozmawiać.
Zrozum mnie i moje obawy. Owszem, poczułam się głupio, gdy z zeszytem w dłoni wyszłam na ulewę, ale nie chciałam kłopotów. Nie próbowałam ich wyzywać, nie próbowałam dowiedzieć się co jest grane. Marzyłam o świętym spokoju, o powrocie mojej codzienności. Gdybym pojechała z nimi i dowiedziała się, że ten cały Tommy kogoś zabił, albo sama nie wiem... Nie zamierzałam o tym myśleć. Postąpiłam, jak postąpiłam. Ale to nie był koniec, o nie, ponieważ Luke znów wysiadł z pick-upa i spojrzał na mnie rozbawiony.
Przełknęłam głośno ślinę, czując serce w gardle. Nie da mi żyć. Poczułam to w każdej drobince swojego ciała, gdy te błękitne oczy znów niemal prześwietliły mnie całą. Fletcher odjechał, a my dwoje tylko staliśmy. Chciałam uciekać.
- Boisz się mnie, dzieciaku? - Zrobił krok w moim kierunku.
- Dokładnie zdefiniowałeś to co czuję, Luke - odparłam trochę głośniej, ponieważ szum deszczu mnie zagłuszał. - Kto by się nie bał? - Chłopak wzruszył ramionami, a ja zaczęłam się cofać.
- Hej, nie uciekaj! - Wciąż miał uśmiech na twarzy i chyba to w nim było najstraszniejsze. - To był żart. Chciałem cię nastraszyć, nie musisz się mnie bać. - Uniosłam obie brwi. Nie bardzo rozumiałam o co mu chodzi.
- Wybacz, ale nie wiem o czym mówisz.
- Opowiem ci. - Ściągnął kurtkę z ramion i mi ją podał. - Chodź, znam skrót na wrzosowiska. W twoim wieku przesiadywałem tam całe dnie.
- Stop. - Niepewnie wzięłam materiał w dłonie. - Luke. Dwie rzeczy. Pierwsza. Wciąż ci nie ufam, to chyba zrozumiałe. - Skinął. Raczej na pewno nie brał mnie na poważnie. - Dlatego jeśli chcesz mnie odprowadzić, odprowadzisz tradycyjną drogą, ilekolwiek kropli deszczu nas nie zmoczy. - Po raz kolejny poruszył głową.
Szliśmy od dwóch minut. Ja w jego za dużej skórzanej kurtce, on w pomiętej koszuli w kratę. Oboje byliśmy przemoczeni do suchej nitki, ale żadne z nas nie powiedziało słowa.
- Druga rzecz - odezwał się po chwili - jaka jest ta druga rzecz?
- Umn... zastanawia mnie... o jaki wiek mnie posądzasz. - Patrzyłam na chodnik, kładąc ręce do kieszeni. Poczułam paczkę papierosów i zapalniczkę pod swoimi palcami. Pasowały mi papierosy do jego wizerunku, nie byłam szczególnie zdziwiona.
- Sam nie wiem. - Oblizał usta. - Piętnaście? Czternaście? Myli mnie twój kolczyk, ale, cholera, nie mam pojęcia. Nie więcej niż piętnaście. - Prychnęłam cicho tak, że nie mógł tego usłyszeć. To miało mi schlebiać? Nie schlebiało.
- Siedemnaście - odparłam prędko - mam siedemnaście lat, Luke. - Nawet nie ukrywał swojego zdziwienia. Był po prostu zszokowany, co sprawiło, że niemal wybuchłam śmiechem.
- Przepraszam, nie powinienem mówić ci dzieciaku, w takim układzie. Jestem od ciebie trzy lata starszy, wow, kurwa, nie. Masz taką delikatną buzię... - Jego przekleństwa raziły mnie okropnie, ale chyba nie odważyłabym się zwrócić uwagi komuś tak... wzbudzającemu respekt, jak Luke.
- Zostawmy to. Chcę tylko wiedzieć co było żartem. - Potem dodałam już ciszej - i dlaczego nieśmiesznym?
Wtem między nami zapadło milczenie. Luke myślał nad odpowiedzią, a ja poczułam, że koniecznie muszę narysować go zamyślonego i przemoczonego. Dobrze wtedy wyglądał...
~*~
Wrzosowiska nocą były szczególnie piękne, a gdy okalał je deszcz, ten obraz zapisywał się w pamięci na dobre. Dochodziła godzina dziesiąta, kiedy wraz z Luke'iem pokonaliśmy pierwszą część drogi. Prawdę mówiąc straciłam poczucie czasu i może dlatego nie martwiłam się o to, co powie mama na temat mojego późnego powrotu do pensjonatu. Bardziej skupiłam się na słowach chłopaka, który tak jak obiecał, wyjaśnił zaistniałą sytuację.
- Fletcher napisał smsa, że właśnie poznał Aspen Barymoore, o której mówiłem poprzedniego wieczoru, a ja kazałem mu podrzucić cię do domu. Wracałem z pracy, dlatego chwycił też mnie po drodze. Kiedy stwierdziłem dwuznacznie, że powinnaś się bać, żartowałem. Twoja mina była wtedy bezcenna. - Wywróciłam oczami na jego słowa.
- Mówiłeś o mnie Fletcherowi? - zapytałam ciekawa odpowiedzi.
- Mówiłem o Pokreślonym Domu. Sam zapytał, co było tam takiego szczególnego. - Skinęłam znacząco, wpatrując się w obraz przed sobą.
Czułam się odrobinę mniej speszona, ale wciąż nie bardzo wiedziałam w jaki sposób układać zdania, by nie sprowadzić na siebie kłopotów. Po prostu szłam, ściskając w dłoni zeszyt i myślałam nad wszystkim, co dotychczas spotkało mnie w Crow Cove. Zaskakujące, przez całe życie nie miałam w jednym mieście tylu przygód, a minęło dopiero kilka dni. Zdecydowanie mogłam polubić to miejsce.
- Ten chłopak... - przerwałam kolejną salwę milczenia. - Tom? - Oblizawszy usta, przeniosłam spojrzenie na Luke'a, który bez przerwy mi się przypatrywał. Czy było we mnie coś, co przyciągało jego wzrok? Poczułam jak się peszę, sprawiał, że zrozumiałam ból zwierząt w zoo, gdy ktoś z ciekawością prześwietlał je wzrokiem. - Co z nim?
- Tommy to idiota. - Zaśmiał się. Sullivan był zdecydowanie najdziwniejszą osobą na świecie. Właśnie w tamtym momencie to stwierdziłam. - Załatwiał swoje sprawy, to znaczy znów się napił, nic szczególnego. Mówiłem, że jesteśmy raczej nieszkodliwi, Aspen.
- Och, rozumiem.
- Nie prawda. - Byliśmy już na wrzosowiskach. - Nie rozumiesz.
- Skąd możesz to wiedzieć, Luke? - Uniosłam pewnie głowę.
- Sam nie wiem, po prostu... po twojej minie idzie wiele stwierdzić. - Zmarszczywszy czoło, znów przeniosłam spojrzenie na wysokiego, rozbawionego chłopaka. - Uważasz mnie za świra, ale wiesz co? Vice versa, Barymoore.
- Artyści tak mają, Sullivan. - Wzruszyłam ramionami. - Wszyscy są zdrowo po...
- Popierdoleni. - Skinęłam. Chciałam powiedzieć poklekotani, ale zrozumiał przekaz. - Wiem o tym.
Rozkoszowaliśmy się deszczem, który okalał nasze sylwetki. Nie mam pojęcia ile tak szliśmy. Czułam się coraz mniej speszona, coraz bardziej odprężona. Wiedziałam jedno - Luke mnie zaskakiwał, miał w sobie coś, co sprawiało, że rozmowa z nim nie była banalna. Często mówiłam głupoty, tylko po to by usłyszeć jak odpowie. Lubiłam barwę jego głosu, brzmiał tak ujmująco, ale za razem odrobinę tajemniczo. On cały zdawał się ujmujący oraz tajemniczy. Nie był jednak głupi. Sposób w jakim posługiwał się językiem angielskim, sprawiał, że chciałam dowiedzieć się co myśli na tysiące tematów, jak odczuwa miliardy uczuć i dlaczego cieszy się złą sławą. Owszem, wyglądał podejrzanie, a w pierwszej chwili osądziłam jego przyjaciela o chęć zamordowania mnie, niemniej jakiś tajemniczy czynnik sprawił, że mu ufałam. Nie wiedziałam czy to dobrze, czy źle, ale ufałam.
- Dlaczego mnie odprowadzasz? - zapytałam po momencie zamyślenia. Luke nic nie odparł, po prostu oblizał czarny kolczyk w dolnej wardze i potarł mokre włosy.
- Z uprzejmości - uciął. Wyczułam jednak to kłamstwo, coś mi mówiło, że Luke Sullivan nie jest uprzejmy dla wszystkich, dlatego uniosłam jedną brew. - No co?
- Nie chcę mi się wierzyć. - Wydęłam usta. Byliśmy coraz bliżej pensjonatu, co z jednej strony mnie cieszyło, z drugiej odrobinę dobijało. - Słyszałam coś o złej sławie.
- Plotki nie zawsze są prawdą. - Chyba zastanawiał się jak z tego wybrnąć. - Daj spokój, Aspen. Dziewczynka włócząca się nocą po Crow Cove?
- Mówiliśmy o tym, mam siedemnaście lat i nie brak mi siódmej klepki. - Zaśmiał się pod nosem. - To nie miało być zabawne.
- Ale było. - Zatrzymaliśmy się przed pensjonatem. - Powiedzmy, że powinnaś już iść. - Chciałam zwrócić mu kurtkę, ale pokręcił przecząco głową. - Zostaw ją sobie, oddasz przy okazji.
- Będzie okazja? - Mimowolny uśmiech wdarł się na moje usta. Chciałam jeszcze zobaczyć tego dziwnego chłopaka.
- Prawdopodobnie niejedna. - Oblizał wargi. - A teraz... no idź już. Dobranoc.
- Umn... dobranoc, Luke. Dzięki za odprowadzenie mnie... czy coś.
Poczułam się jak na filmie. To było ciekawe doświadczenie i ponad wszelką wątpliwość mogłabym spotkać go jeszcze raz. Przestałam żałować, że wsiadłam wtedy do pick-upa. Pomyślałam przez chwilę, co jeszcze robi się na filmach po takich spacerach? Może powinnam uścisnąć jego dłoń, albo...
- Czy coś. - Wywrócił oczami ze śmiechem. - Jesteś bezbłędna, wiesz?
- Nie wiem. - Zapięłam jego kurtkę na sobie i stanęłam na palcach.
- Co robisz? - Luke uniósł obie brwi, a ja poczułam się głupio.
- Chciałam... podziękować ci i ten... no ten... - Idiotka, idiotka, idiotka. Prawdopodobnie przespałam kilka lat swojego życia. Chyba, że ktoś mnie oszukał i naprawdę miałam tylko piętnaście, czy tam czternaście lat..
- Chciałaś mnie pocałować? - Nie krył rozbawienia tą sytuacją. Zważywszy na fakt, że ledwo się znaliśmy, zamierzałam go tylko cmoknąć w policzek. Na więcej chyba nie byłoby mnie stać.
- W polik - powiedziałam szybko, może trochę za szybko? - W ramach wdzięczności. To idiotyczne, prawda?
- Może tylko trochę. - Puścił mi oczko, ale się pochylił. Poczułam zapach perfum, którymi przez kurtkę i ja przesiąkłam. - No już, całuj. - Zrobiłam się czerwona, jak burak. - Aspen, nie będę czekał wieczność.
- Przepraszam, ja tylko... - Przybliżyłam twarz do jego twarzy i ułożyłam usta w dziubek. Delikatnie musnęłam powierzchnię jego skóry. Był niedogolony, ale nie przeszkadzało mi to. Poczułam mrowienie na ustach oraz chłód bijący od buzi Luke'a. Czyli tylko ja płonęłam rumieńcami...
- Nigdy się nie całowałaś, prawda? - Bardziej stwierdził niż zapytał, gdy odsunęliśmy się od siebie.
- Nie! Jasne, że się całowałam. Dziesiątki razy. - Zachichotałam nerwowo. - To twoja wina, Luke. Speszyłeś mnie.
- Czyli twierdzisz, że mogłabyś tak po francusku?
- Bonne nuit, vous voir la prochaine fois - szepnęłam, a potem obróciłam się na pięcie.
- Aspen?! - Luke najwidoczniej nie wiedział, co powiedziałam, dlatego tym razem to ja zaczęłam rechotać.
- Rentrer à la maison! - Chwyciwszy klamkę, usłyszałam tylko jak wzdycha ze zrezygnowaniem. Nie zamierzałam się obracać, ale wiedziałam, że poszedł dopiero gdy weszłam do środka.
Kiedy tylko poczułam na sobie ciepło, spowodowane dodatnią temperaturą w pensjonacie, oparłam się o drzwi. Przyjemne, dziwne uczucie wypełniło mnie od środka, a moje wargi nie chciały przestać pulsować. Dlaczego się tak czułam? Czy zrobiłam coś nie tak? Dotknąwszy swoich ust, uśmiechnęłam się sama do siebie. Pocałowałam chłopaka, ja. Ja, Aspen Barymoore pocałowałam chłopaka, co prawda w policzek, ale zrobiłam to. W deszczu. Jak na filmach.
Nigdy jakoś szczególnie nie szukałam na siłę zakochania. Rozumiałam fakt, że wszystko przychodzi z czasem. Wierzyłam w prawdziwą miłość, miałam w sobie coś z romantyczki. Oczywiście nie zakochałam się w Luke'u tak nagle. No właśnie, to nawet nie było zakochanie, o miłości nie wspominając. Ja po prostu czułam, że zaczynam żyć, jakby moja bierność, ciągłe obserwowanie świata, wreszcie zmieniła się w czynny udział... udział w czym? W ludzkich procesach dorastania?
Odniosłam wrażenie, że straciłam wiele normalności. Nigdy nie byłam na szkolnej imprezie, ba, ja nie byłam na żadnej imprezie, nie miałam adoratora, nie adorowałam nikogo, nie klęłam, nie piłam alkoholu... Czy żałowałam? Sama nie wiem, bo mimo wszystko wciąż byłam sobą. Byłam Dziwnym Dzieciakiem z Pokreślonego Domu.
- Gdzieś ty była?! - Zamyślenie przerwał głos mamy, która przycisnęła mnie do swojej piersi. - Wiesz która jest godzina?! Nic ci się nie stało?
- Nie, wszystko gra, przepraszam. - Niepewnie ją objęłam. Rozumiałam, że się martwiła, ale czasem przesadzała.
- Co robiłaś? - Uniosła jedną brew. - Czyja to kurtka?
- Umn... rysowałam, byłam w porcie. - Nie powiedzenie całej prawdy, to chyba nie kłamstwo?
- Sama? Robisz ze mnie idiotkę? - Spuściłam głowę. - Aspen.
- Po prostu straciłam rachubę czasu. To się nie powtórzy.
Idąc do łazienki, nie mogłam powstrzymać uśmiechu, cisnącego się na moje usta. Ona krzyczała, a ja nawet nie wiedziałam co. Poczułam się taka zła... Ciekawe czy rodzice Luke'a też odchodzili od zmysłów...
Kiedy wzięłam już szybki prysznic i położyłam przemoczony zeszyt na kaloryferze, weszłam do łóżka. Nie mogłam pozbyć się chłopaka z mojej głowy, ale przestało mi to przeszkadzać. Chciałam o nim myśleć, bo mnie absorbował. Czy powinnam? Inaczej, czy to ważne?
Zasnęłam spokojnie, nie mając pojęcia, co wydarzy się następnego poranka...
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz