Obudziłam się przed dziewiątą, z resztą jak codziennie. Mój zegar biologiczny zawsze, nieważne czy waliło się i paliło, kończył sny w godzinach po ósmej, a poruszał prawdziwe zmęczenie około pierwszej. Nie przeszkadzało mi to. Jak dotąd osiem godzin snu spokojnie wystarczało mi do normalnego funkcjonowania.
Tamtego poranka po raz pierwszy w życiu zastanowiłam się czy moje funkcjonowanie jest takie normalne, jak dotychczas mi się zdawało. Bo ponad czternaście godzin wegetacji, złożonej ze spełniania potrzeb fizjologicznych, ewentualnych spacerów, rysowania, słuchania muzyki i nauki... to raczej bierny tryb. Powinnam chcieć zmienić coś w swojej codzienności? Powinnam. Przynajmniej tego byłam pewna, gdy ubrana w dresy i starą koszulkę mamy ruszyłam do łazienki. Spojrzałam w lustro.
Dzieciaku - dźwięczało w mojej głowie.
Czy wyglądałam jak dzieciak? Czy Luke miał rację, gdy obstawiał, że skończyłam zaledwie trzynaście, albo czternaście lat? Nie byłam szczególnie wysokiego wzrostu. Luke'owi sięgałam co najwyżej do ramienia, jeśli nie niżej, ale on sam piął się na niemal dwa metry. Włosy miałam długie, naturalnie jasne. Nijaki, zielonkawo-szary kolor oczu odbijał promienie słoneczne, które wpadały do ubikacji, nie to, co tęczówka Luke'a, która definiowała barwę bezchmurnego nieba na Florydzie. Moje rysy twarzy również nie miały w sobie niczego ujmującego.
Obróciłam się, by spojrzeć na swój nos. Prosty, ścięty, niezadarty. Ni to długi, ni to krótki, pokryty masą drobnych piegów. Jest w porządku - stwierdziłam i oblizałam usta. Je też lubiłam. Miałam szerszą górną wargę niż dolną. Nie były one zbyt wydatne, ale miały ładny, różany kolor. Westchnęłam ciężko. W czym tkwił zatem problem?
Moja uroda jest zwyczajna, ja cała jestem cho... chorobliwie zwyczajna, a taki ktoś, jak Luke ponad wszelką wątpliwość odrzucił zwyczajność już dawno. Chwileczkę!
Zarumieniłam się, gdy doszło do mnie, iż próbuję mu się podobać. Po co? Przecież i tak nie miałam zabawić w Crow Cove dłużej niż przez miesiąc, bądź dwa. Z resztą on na pewno zdobył już dziesiątki kobiecych serc. Kobiecych. Nie dziecięcych.
Znów spojrzałam na siebie. Wtem zamarłam, bo ja naprawdę wyglądałam jak gimnazjalistka, może nawet dziewczynka z podstawówki? Poczułam się z samą sobą beznadziejnie i mimo, że miałam trochę kobiecych kształtów, to znaczy biodra, wcięcie w talii oraz... Nie. Moje piersi również pozostawiały wiele do życzenia. Dobre tyle, że zdążyłam pozbyć się dziecięcego tłuszczyku i zamiast wyglądać na otyłą gimnazjalistkę, wyglądałam na szczupłą gimnazjalistkę.
Przetarłam twarz, opłukałam ją wodą i umyłam zęby. Najwidoczniej musiałam się z tym pogodzić. Już po wszystkie czasy będę dzieciakiem. Nie skarbem, nie kochaniem, tylko dzieciakiem. Luke. On znów wszedł mi do głowy, tylko czemu?! Czemu, skoro rozmawiałam z nim może dwa razy w życiu?
Rzucając sobie ostatnie spojrzenie, wydęłam wargi. Podjęłam decyzję. Odpuszczam sobie. Odpuszczam sobie wszystko, co związane z Luke'iem Sulivanem i grozi zakochaniem. Nie chciałam przez niego cierpieć, no bo... Chyba nikt nie chce. Mama zawsze powtarzała, że platoniczna miłość jest jak kara. Nie boska. Mama nie wierzyła w Boga, nie wierzyła w miłość. Mama nie wierzyła nic, lecz czy udało jej się zabić tę wiarę u zarodka w moim przypadku? Mimo przekonania, że jestem taka, jaką ona mnie widzi, ja wierzyłam. W oba fakty. Całą sobą.
- Zanieś to na górę! - Rozmyślanie przerwał krzyk pani Jenkens, która zwracała się do właściciela ciężkich butów, uderzających o schody pensjonatu.
Nie zastanawiając się długo, związałam włosy w luźny kucyk i wyszłam z łazienki, ciekawa kogo spotkam na korytarzu. Pensjonat od dawna był niemal opustoszały, dlatego tak bardzo zainteresowała mnie osoba, z którą staruszka mogła rozmawiać. Zmarszczywszy czoło, wyjrzałam przez balustradę, lecz w tamtej chwili już nikt nie pokonywał stopni. Mężczyzna, ponieważ z reguły oni chodzą tak ociężale, musiał wdrapać się na piętro, znikając przy okazji w jednym z pokoi.
Wtem poczułam dłonie na swojej tali, a ktoś uniósł mnie z łatwością, jakby chciał zrzucić w dół. Zamknąwszy oczy, pisnęłam. Ogarnął mnie paraliżujący strach, nie wiedziałam co się dzieje, do momentu usłyszenia znajomego, radosnego śmiechu.
Nim się spojrzałam, byłam w ramionach rechotającego Luke'a. Nie zastanawiałam się co on tam w ogóle robił, bardziej skupiłam się na prędko bijącym sercu. Jak on mógł mnie tak wystraszyć?!
- No już, oddychaj, dzieciaku, nie chciałem, żebyś dostała zawału. - Odsunął mnie od siebie, a widząc głupawy uśmiech na jego przebitych czarnym kolczykiem wargach, miałam ochotę uderzyć Luke'a w twarz.
- Ty nigdy nie chcesz, ale wychodzi jak zwykle - powiedziałam dopiero po chwili, gdy uspokoiłam oddech. - Wiesz co by się stało, gdybym spadła i skręciła sobie kark? - Nie krzyczałam, wyglądałam na zupełnie poważną, lecz spokojną.
- Eee tam, jedno ciało w tę czy we w tę. - Chłopak machnął ręką, a potem znów parsknął. - Żartowałem.
- Wiem. - Poprawiwszy koszulkę mamy, założyłam ręce na piersi.
- Skąd?
- Twoje poczucie humoru woła o pomstę do niebios. - Luke jedynie pokręcił głową z niedowierzaniem.
- Lucas?! - Po pensjonacie znów rozniósł się krzyk pani Jenkens.
- Już idę! - Spojrzał na mnie przepraszająco. - Wybacz, dzieciaku, muszę uciekać.
Obrócił się i zbiegł po schodach, a ja przeniosłam wzrok na swoje bose stopy. Powinnam ubrać kapcie, albo choćby skarpetki, jednak byłam zbyt skoncentrowana na zatrzymaniu Luke'a. Prędko pognałam za chłopakiem, by złapać go w salonie.
- Czekaj - palnęłam, a on obrócił się w moim kierunku. - Co tu robisz?
- Lucas, ile mam na ciebie do diaska czekać? - Pani Jenkens wpadła do pomieszczenia, nim Luke zdążył cokolwiek odpowiedzieć, a jej spojrzenie wylądowało na naszej dwójce. Uśmiechnęła się delikatnie. - Aspen, wstałaś.
- Tak, już dawno. Ja tylko... - Nie wiedziałam co powiedzieć. Poczułam, że się peszę. Jeszcze moment i nie wyduszę z siebie ani słówka.
- Rozmawialiśmy - powiedział szybko, a potem obrócił wzrok, gdy staruszka skarciła go swoim.
- Lucas, daj jej spokój, dziewczyna się wstydzi. - Zrobiła znaczącą minę.
- Dobrze już, dam jej spokój. - Wywrócił teatralnie oczyma.
- Mam nadzieję. - Po prostu świetnie! Do rozmowy dołączyła mama. I gdyby nie dotyczyła ona mnie, już dawno ukryłabym się w kuchni. - Aspen nie potrzebuje takich jak ty.
- No właśnie - dodała staruszka.
Luke tylko westchnął, zlustrował mnie i chyba cudem dostrzegł jak bardzo chcę się wyrwać. Kiedy nasze oczy się spotkały, odniosłam wrażenie, że on czyta z mojej duszy. Jakby nagle zrozumiał, że tak naprawdę to nie ja potrzebuję by dał mi spokój, tylko Eva Barymoore.
- Myślę, że Aspen umie mówić i jeśli będzie chciała spokoju, sama powie, żebym się odwalił, prawda, kaczuszko? - Kaczuszko? No tak, miałam wydęte usta! Czasem układałam je w dziubek nawet podświadomie.
- Dopóki jest moją córką, dopóty ja będę decydować co dla niej najlepsze.
- Nie wtrącaj się w nieswoje sprawy, Lucas.
Spuściłam wzrok. Zastanawiałam się, jak obronić moją i Luke'a rację, ale nie miałam żadnego pomysłu. Wizja tego, iż powiem mamie, że chcę mówić za siebie, miała wiele wspólnego z apokaliptyczną wizją końca świata, zatem nawet nie próbowałam.
- Nie, wy będziecie się wtrącać - sarknął. - Aspen, pogadamy później. Babciu. - Zwrócił się do pani Jenkens.
- To wszystko. - Skinął, by ostatecznie opuścić pensjonat, trzaskając drzwiami.
Spojrzałam na mamę ze łzami w oczach, mój wzrok był pretensjonalny, ale nie umiałam wyrazić, jak bardzo sfrustrowana sytuacją jestem. Powoli zaczynałam nienawidzić siebie za tę okropną nieśmiałość, aspołeczność...
Nawet nie zorientowałam się w którym momencie po prostu wybiegłam za Luke'iem.
- Sulivan, czekaj! - zawołałam, ku zaskoczeniu mamy i najwidoczniej jego babci.
Luke obrócił się na pięcie, omotał mnie wzrokiem, a ostatecznie westchnął. Gdy widziałam go takiego skupionego i poważnego, poczułam nagły przypływ wątpliwości. Mogłabym spokojnie nazwać się największą idiotką na tym świecie, skoro jako naprawdę nieśmiała dziewczyna, próbowałam wdać się w relację z chłopakiem, który tej śmiałości miał w sobie ponad wszelką wątpliwość zbyt wiele. Powinien mnie wyśmiać, czy coś w ten deseń, jednak wbrew wszystkiemu twarz Luke'a złagodniała. Oblizawszy spierzchnięte wargi, przyjaźnie się uśmiechnął, a ręce założone na piersi wpakował do kieszeni czarnych spodni.
Byliśmy na zewnątrz, ponieważ on wyszedł, a ja rzuciłam się za nim, dlatego nasze twarze okalał chłodny, jesienny wiatr. Niepewnie podałam chłopakowi kurtkę, którą chwyciłam w biegu. Czułam okropne zimno bijące od ziemi, moje stopy zmarzły, gdyż zamiast pomyśleć o butach, skupiłam się na okryciu Luke'a.
- Dlatego wyszłaś, Aspen? - Nie założył kurtki. Jedynie parsknął cichutko. - Chcesz zwrócić moją własność i nie być zobowiązaną? - Prędko pokręciłam przecząco głową. - Zaniemówiłaś? - Poczułam się podle. Nie potrafiłam mu odpyskować, albo złożyć choćby jednej wypowiedzi zrozumiałej dla Luke'a w pełni. Zrozumiałej w pełni dla kogokolwiek.
- Przepraszam - bąknęłam.
- Za co mnie przepraszasz? - Jego wyraz twarzy stał się kpiący, gdy przeskoczyłam z nogi na nogę.
- Nie wiem. - Miałam w głowie tyle wizji naszej rozmowy. Miałam mu tyle do opowiedzenia, ale byłam zbyt nieśmiała, żeby zabrzmieć należycie.
- Jaja sobie robisz? - Uniósł jedną brew. - Wczoraj zdawałaś się bardziej kompetentna. - Ponownie założył ręce na piersiach. - Co się stało? Ej, rozmawiaj ze mną! - Nie chciałam go zirytować! Spuściłam wzrok. - Kto kazał ci wychodzić na zimno? - Wzruszyłam ramionami, a potem odetchnęłam głęboko. Płonęłam ogromnym rumieńcem wstydu.
- Przepraszam, że jestem taka niekomunikatywna - wydusiłam wreszcie. - Pomyślałam, że nie chce ci się użerać z panią Jenkens i moją mamą, dlatego oddałam kurtkę. - Przegryzłam wargę. - Jest mi po prostu głupio, przykro...
Luke przez moment tylko stał. Tak po prostu, wpatrując się we mnie z jednej strony oszołomiony, z drugiej zaabsorbowany. Wreszcie pokręcił głową z niedowierzaniem, a potem zrobił kilka kroków w moją stronę.
- Wyszłaś, bo chciałaś ze mną pójść, ale nie pomyślałaś o butach, ani o tym, żeby ubrać się w ogóle, prawda? - Zrobiłam się jeszcze raz taka czerwona, jeśli to możliwe.
- Może trochę w tym racji. - Zaśmiał się pod nosem.
- Zrobimy tak. Idę do pracy, chyba byś się nudziła, w takim razie, jeśli bardzo chcesz ze mną gdzieś połazić, wpadnij wieczorem, to jest po szóstej do baru na Burbon Street. Jechaliśmy tam wczoraj, zapytaj kogoś w mieście. - Niepewnie skinęłam. - Masz, weź to. - Podał mi kurtkę. - Pretekst, żeby spotkać się jeszcze. - Potem puścił mi oczko, ostatecznie uśmiechając się szelmowsko. W co ja się wkopałam.
- Chwila. Chcesz się ze mną zobaczyć? - Chłopak uniósł obie brwi. - Jeśli zamierzasz się litować...
- Aspen, pogadamy wieczorem. - Pochylił się nade mną, po prostu nadstawiając policzek. Nie wiedziałam co powinnam zrobić, ale zachował się tak, jakby czekał na reakcję z mojej strony. Dlatego niepewnie podniosłam się na palcach i delikatnie musnęłam wciąż niedogoloną powierzchnię skóry Luke'a. - Do zobaczenia. - I zniknął, za furtką, wsiadając na swój motocykl. Wiedziałam, że na nim jeździ!
~*~
Skupiona nad zeszytem, nie poświęciłam ani odrobiny uwagi temu, co działo się dookoła. Gdy zaczynałam rysować, mało kto umiał mnie od tego odwieść. W tamtej chwili miałam ogromny napływ weny twórczej, a skoro i tak nie zamierzałam odzywać się do mamy, mogłam spożytkować natchnienie w jak najlepszy sposób.
Byłam zła na Eve Barymoore. Jakkolwiek dziecinnie to nie brzmi, ja byłam po prostu wściekła i sama nie jestem pewna czemu. Przecież calutkie życie dyktowała mi warunki, a ja calutkie życie się na nie zgadzałam, nie widząc w tej „polityce" niczego złego. Czasem jednak w musi wydarzyć się coś, co zmieni całkowity bieg historii. Przynajmniej w ten sposób definiowałam swoje nagłe zgorszenie sytuacją. No bo to jak żyjemy odzwierciedla to, kim jesteśmy, a to kim jesteśmy określają słowa oraz czyny. Nie zamierzałam do końca świata jawić się wszystkim jako posłuszny mamusi dzieciak. Nie przestałam jej kochać, jasne, że nie. Nie miałam w planach również nagłego buntu w pełnym tego słowa znaczeniu. Ani manifestacji, ani pikiet, ani strajków. Zamierzałam pójść z nią na ugody, niemniej najpierw, chyba jak każda nastolatka, potrzebowałam się odrobinę poboczyć.
Urywana kreska ciągnęła się wzdłuż zapamiętanych przeze mnie rysów przystojnej buzi. Lekko zadarty nos, odpowiedni łuk brwiowy, zaznaczone kości policzkowe. Jasne włosy przyklejały się do mokrego czoła, a koszula w kratę przywierała do klatki piersiowej. Była umięśniona, jak z tych wszystkich magazynów o zdrowym odżywianiu i fitnessie. Prawdę mówiąc nie miałam okazji by przyjrzeć się akurat temu miejscu, niemniej wyobraźnia podpowiadała, iż Luke ma idealną rzeźbę ciała, koniec końców on sam wyglądał jak anioł. Prawdziwi ludzie nie rodzą się przecież z tak niesamowitą urodą. Skupiłam się na jego sylwetce. Najpierw szczupłe, długie niczym dwie tyczki nogi, wąska talia, szerokie barki, duże dłonie. Poświęciłam sporo uwagi jego dłoniom, jeszcze więcej jednak czasu przeznaczyłam na oczy. Zostały mi one wraz z ustami i dopiero po kilku chwilach przypomniałam sobie ich kształty oraz kolory, których i tak nie oddałam ołówkiem. Ważne, że rozrysowywały się w mojej głowie. Dopieściłam jeszcze czarny, smukły kolczyk w dolnej wardze, a oddaliwszy kartkę od siebie, przegryzłam wnętrze policzków. Czegoś brakowało w odzwierciedleniu mokrego Luke'a. Czegoś, na czym nie skupiłam się wcześniej. Zarost. Miał delikatny zarost, który podrażnił moje usta przy pocałunku w policzek. Uśmiechnęłam się do siebie na samo wspomnienie.
- Nie chciałabym, żebyś spotykała się więcej z tym chłopakiem. - Zaczęła mama surowym tonem, przerywając moje dotychczasowe zajęcie. - Nie jest dla ciebie odpowiedni. - Nie odpowiedziałam. Prędko zamknęłam szkicownik, przy okazji spuszczając wzrok. - Aspen.
- Mamo - mruknęłam wreszcie, wiedząc, że kobieta oczekuje natychmiastowej odpowiedzi.
- Wiem, że jesteś na mnie wściekła. - Zmieniła taktykę, usiadłszy tuż obok. - Spodobał ci się, zaimponował czymś, rozumiem, ja sama byłam młoda, niemniej nie chcę, żebyś powtarzała moje błędy. - Westchnąwszy ciężko, przetarłam tylko twarz.
Znów ta sama pogadanka. Znów opowieść z serii - kiedy byłam w twoim wieku. Znałam je na pamięć, lecz wolałam nauczyć się na własnych defektach, własnych czynów. Mama nie mogła przeżyć za mnie życia.
- Znałam takich jak on...
- Znasz jego? - Podniosłam wzrok, oblizawszy uprzednio wargi. - Oceniasz Luke'a po tym jak oceniają go plotki. Nie chcę cię urazić, ale proszę, nie zachowuj się jak hipokrytka - powiedziałam to spokojnie, bez podnoszenia tonu. Pierwszy raz wypaliłam z tym co czułam. W obronie chłopaka, z którym miałam zobaczyć się jeszcze tego wieczoru. Sytuacja niemal nie z mojego życia.
- Słucham? - Uniosła jedną brew. - Aspen, nie pyskuj mi.
- Nie pyskuję, rozmawiam - odparłam grzecznie. - Kocham cię, ale zrozum, że nie wszyscy są tacy, jakimi ich opisują. - Nie miałam pojęcia z jakiej racji go bronię.
- W większości przypadków jednak wypada sprawdzić osobę, z którą chce włóczyć się po nocach. - No proszę, wieści prędko się roznoszą.
- Czy jest zatem lepszy sposób sprawdzenia kogoś, od rozmowy z nim? Poznam Luke'a, ty też go poznasz jeśli chcesz...
- Pani Jenkens zna go całe życie i sama prosiła, by się od ciebie odczepił. Aspen, to nie jest chłopak dla ciebie. Chłopak. - Mama prychnęła. - Facet.
- Więc jaki jest chłopak dla mnie? - Wstałam od stołu. To było pytanie retoryczne. Nie oczekiwałam od kobiety żadnej odpowiedzi. - Idę na spacer, wrócę przed dziewiątą. - Wrzuciwszy szkicownik do materiałowej torebki, ruszyłam ku wyjściu z pensjonatu.
- Nie skończyłam z tobą, nigdzie nie idziesz! - Mama podniosła głos.
- Mamo. - Odetchnęłam głęboko. - Mam prawie osiemnaście lat. Z całą miłością, ale potrzebuję trochę wolności.
- Od kiedy?! - prychnęła. - Od kiedy poznałaś tego całego Luke'a?!
- Nie wiem. - Uśmiechnąwszy się, wzruszyłam ramionami. - Możliwe.
- Aspen...
- Zaufaj mi, wiem co robię.
Nie powiedziała już nic więcej, być może z nadzieją, że się wrócę i wpadnę w jej ramiona, a może była za bardzo zrezygnowana, by protestować? Sama już nie wiem. Ja po prostu zamierzałam wyjść z domu, a że powoli zbliżała się szósta, mogłam śmiało rozpocząć poszukiwania Burbon Street.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz