wtorek, 2 lutego 2016

IV."Miasto duchów"

Nie lubiłam klimatu miejsc, jak tamto. W dusznym powietrzu unosiły się kłęby dymu papierosowego, a ludzie, między którymi byłam zobligowana się przeciskać, patrzyli na mnie z góry. Nie czułam się swobodnie, w pewnej chwili pomyślałam nawet, że powinnam cofnąć się i odejść, ale z drugiej strony... Ciągnęło mnie do Luke'a, jak do nikogo innego. Chciałam za wszelką cenę ubiegać o jego uwagę, choć wiedziałam, że to zgubne. Chłopcy jak on nie lubią dziewczynek jak ja. Oni wolą wyzwania, wolą pewne siebie, piękne kobiety. Przynajmniej tak widać na filmach i nawet jeśli ostatecznie główny bohater schodzi się z główną bohaterką - niezauważalną „szarą myszką", to nie był film. Tutaj jakkolwiek nie zaplanowałabym sobie naszej relacji, życie i tak poszarpało mną jak tylko zechciało. To trochę bolało, przy okazji irytując. Bo skoro ja miałam się starać, będąc dla chłopaka obojętną lub gorzej, będąc dla niego zabawką, po co się w to pchałam?
- Tu jesteś. - Dobiegł mnie głos blondyna, dlatego uśmiechnęłam się szeroko. Przeczesałam włosy palcami, a potem spojrzałam na Luke'a z dołu. Był ubrany w białą koszulę, czarne spodnie, krawat... Miał przypiętą do piersi plakietkę z nazwiskiem, zatem domyśliłam się, że pracował w tym barze.
- Cześć - palnęłam, bo nie było mnie stać na nic innego. Czułam się bardziej onieśmielona.
- Przebiorę się tylko i możemy znikać. - Skinęłam na jego słowa. - No powiedz coś, Aspen! - Zaczął tak uprzejmie rechotać. Nie byłam na niego zła, byłam zła na siebie, bo znów zarumieniłam się od samej brody, po cebulki włosów.
- Umn... - Oblizałam usta, bawiąc się palcami. - Gdzie pójdziemy? Wiesz, przed dziewiątą chcę być w domu... Nie lubię imprez jeśli o to chodzi...
- Spokojnie, dzieciaku. - Oberwałam kuksańca w bok. - To nie będzie żadna impreza. Małe spotkanko towarzyskie, ale obiecuję, że jeśli ci się nie spodoba, olejemy ich wszystkich.
Jakich ich wszystkich?! Ścisnęło mnie w żołądku. Poczułam się ostatnią kretynką, ponieważ nie miałam pojęcia co robić. Bałam się znajomych Luke'a. Co jeśli mnie nie polubią? Z resztą... czy on mnie lubił? Moja twarz wyrażała wtedy czarną rozpacz.
- Wrzuć na luz - mruknąwszy dosłownie wskoczył za bar i podał mi szklankę pepsi. - Wypij. - Powąchałam napój, na szczęście nie był z alkoholem. - Aspen, sama chciałaś się ze mną spotkać. - Z tobą, nie z twoimi znajomymi.
Nie odważyłam się jednak protestować. Przytaknęłam Luke'owi i zamoczywszy wargi w gazowanym, spojrzałam jak znika na zapleczu. Świetnie, zestresowałam się jeszcze raz tak bardzo. Słusznie.


Po dwudziestu minutach zaparkowaliśmy pick-upem przed wiktoriańską willą niedaleko portu. Luke otworzył mi drzwi, spojrzał na posiadłość, a potem w drugą stronę, na otwarty przed nami kanał La Manche. Ten widok... Gdy ze wzgórza obserwuje się wodę oraz port wraz z latarnią na jej tle. Chłodny wiatr niemal przeniknął moją skórę, lecz nie przejęłam się tym szczególnie. Całą uwagę poświęciłam temu, co pieściło moje oczy. Miałam wizję rysunku! W amoku założyłam za ucho wystający z kucyka kosmyk blond włosów, przy okazji naciągnąwszy na dłonie rękawy czarnego swetra. Po raz drugi odniosłam wrażenie, że Crow Cove chce zatrzymać mnie przy sobie na wieki.
- Wejdźmy do środka. - Luke zaszedł mnie od tyłu, dlatego prawie podskoczyłam ze strachu. - Nie bądź taka lękliwa, kaczuszko. - Zmarszczyłam nos, by następnie spojrzeć w dół. Przeklęty dziubek!
- Jasne... - Moje oczy krzyczały, że tak bardzo chcę zostać tu na zewnątrz z dala od ludzi, ale nie mogłam się tak odcinać. Czas zacząć choćby minimalne uspołecznienie.
- Mniej stresu, więcej luzu. - Objąwszy mnie ramieniem, ruszył do wejścia. Wtedy pomyślałam, że Luke może naprawdę mnie polubił. Niepewnie podniosłam głowę, by spojrzeć na jego linię szczęki. Był zbyt przystojny. Pachniał pięknymi, męskimi perfumami, a od jego ciała buchało takie przyjemne ciepło. Chciałam zostać w ramionach chłopaka na dłużej.
- Kto tu mieszka? - Próbując odwrócić swoją uwagę od Luke'a, skupiłam się raczej na posiadłości, a ona podobnie jak chłopak, zapierała dech w piersi.
Budynek musiał pochodzić z dziewiętnastego wieku, albo był choćby wzorowany na architekturze wiktoriańskiej. Choć teoretycznie patrząc całe miasteczko, a raczej stare budownictwo w Crow Cove odbijało przepych z epoki panowania królowej Wiktorii. Nie potrafiłam przypomnieć sobie roku uzyskania praw miejskich, lecz mimo wszystko czuć było ten klimat. Posiadłość nie była jednak jednolita. Przeważały tam chińskie akcenty, z dodatkiem gotyku i neoklasyku. Pięknie odrestaurowana rezydencja, przed którą stały dwa czarne, drogie samochody. Niestety jak o architekturze wiem cokolwiek, tak na motoryzacji nie znam się kompletnie, zatem zostańmy przy tym, iż auta były czarne i drogie.
- Właściwie to... - Na ganku stał chłopak, który niesamowicie mi kogoś przypominał. Średniego wzrostu, dobrze zbudowany, brunet... - Właściwie to dom Camerona Hudsona. - Uśmiechnął się szelmowsko, a syn burmistrza, zdeptał papieros butem. Zdecydowanie wdał się w ojca. - Hej stary, mam nadzieję, że już się nie gniewasz.
- Ja? Gniewać się? - Brunet nie wyglądał na zdenerwowanego. Nie próbował też zabić Luke'a wzrokiem. Co więcej, przybili sobie piątkę, a to zdezorientowało mnie już całkiem. - O jedną laskę nie chodzi. - Machnął ręką. Kompletnie zgubiłam wątek.
- No widzisz. I po co te nerwy. - Sulivan zarechotał pod nosem. - Odnośnie. Poznaj Aspen Barymoore, jej matka-snobka konserwuje malunku z Pokreślonego Domu.
- Cześć - mruknęłam niepewnie.
- No hej, Cameron Hudson. - Ujął moją dłoń, a następnie musnął ją swoimi ustami. - Miło cię poznać, z resztą, każdą ładną dziewczynę jest miło poznać. - Chwila, co? Zmarszczyłam czoło, lecz posłałam mu uśmiech dla niepoznaki. Co to w ogóle było?!
- Starczy już, wbijamy na imprezkę. - Luke zacisnął palce na mojej talii, lecz wciąż byłam zbyt zaaferowana zachowaniem Camerona, by zwrócić na to uwagę.
- Wybacz stary, imprezka zamknięta. - Skinął na mnie. - Ile masz lat?
- Nie wygląda, ale jest pełnoletnia. I się nie sypnie. - Przestałam się nawet zastanawiać o co może im chodzić. Co ma być, to będzie.
- Na pewno? - Oboje wlepili we mnie znaczące spojrzenia. Wahałam się, ale skoro Luke tak powiedział... Chciałam spędzać z nim czas, poznać go...
- Oczywiście. - Wzruszyłam ramionami, a potem oblizałam usta. - Nie wiedziałam, że idziemy na imprezę, ubrałabym się, albo umalowała. - Wymyśliłam to na poczekaniu.
- To nie jest zwyczajna impreza, Aspen. - Cameron nadstawił ramię. Spojrzałam na Luke'a, lecz on tylko przytaknął. Zrobiłam to, ujęłam ramię Hudsona. - Chodź, przedstawię ci inne dziewczyny i Forbesa, bo wiem, że Waice'a już znasz. - Zapewne miał na myśli Chłopaka z Jachtu, a Forbes musiał być Tommym, o którym rozmawiali wcześniej.
Nie wiedziałam, czy robię dobrze, a gdy obróciłam się, by spojrzeć na Luke'a, dostrzegłam jak wita się z Fletcherem Waicem.

Wnętrze posiadłości było tak samo pełne przepychu, jak zewnętrzne zdobienia sztucznym złotem. Pokoje o biało-zielonych ścianach odbijały się od ciemno drewnianej podłogi. W środku panował trochę mniejszy chłód niż na zewnątrz, ale wciąż nie zamierzałam zdejmować czarnego swetra, pod którym miałam koszulkę na ramkach. Czułam się nieswojo i dziwnie.

Cameron zaprowadził mnie do salonu, gdzie przed telewizorem, z którego leciała muzyka, siedziały trzy dziewczyny wraz z jak mniemam Tomem Forbesem. Chłopak był dość wysoki, miał jasne włosy, wytatuowane ramie, kolczyk w brwi i przyjazny uśmiech na ustach. Z jednej strony wydawał się sympatyczny, lecz z drugiej cała kreacja jego osoby odrobinę przerażała.
- Towarzystwo! - Cameron przekrzyczał jakiś remiks, który drażnił moje uszy. - Poznajcie Aspen Barymoore. Ta nowa, wiecie. - Przytaknęli. Wiecie... co? Pytanie zrodziło się w mojej głowie. Ci ludzie coraz bardziej mnie przerażali. - Od lewej, Vera - wysoka, smukła szatynka. Wymalowana, dobrze ubrana, pełna wdzięku. Jej Luke ponad wszelką wątpliwość nigdy nie nazwał dzieciakiem. - Care, w sensie Caroline. - W środku siedziała uśmiechnięta od ucha do ucha, trochę szersza w biodrach, ale wciąż szczupła, blondynka. - No i Es. - Cameron pochylił się nade mną, wskazując na kolejną, trochę niższą od Caroline, blondynkę. - Nigdy nie mów jej imienia na głos - szepnął.
- Jak ma na imię? - odszepnęłam.
- Esmeralda. - Wyłącznie przytaknęłam. - Tamten palant to Tommy.
- Dzięki, deklu, jesteś taki konkretny. - Tom wywrócił oczami teatralnie by następnie „odebrać mnie" z objęć Camerona. Czułam się jak zabawka podawana z ręki do ręki. Mimo wszystko usiadłam tuż obok chłopaka, będąc lustrowaną przez natarczywe spojrzenia ich koleżanek. Zdecydowanie nie powinnam była tam przychodzić. Zaczęłam rozglądać się za Luke'iem.
- Ile ty właściwie masz lat? - No oczywiście. Czekałam na to pytanie.
- Osiemnaście - odparłam nieprawdę, bo Sulivan skłamał, że jestem pełnoletnia. - Młodo wyglądam, tak wiem. - Przegryzłam dolną wargę.
Potrzebowałam się przełamać. Chciałam umieć rozmawiać z nimi wszystkimi w taki naturalny, filmowy sposób, ale ja nawet nie wiedziałam o czym. Dla rozluźnienia chwyciłam szklankę, która stała przed Tomem. Napój wyglądał jak pepsi, lecz okazał się drinkiem. Upiłam łyk i naprawdę bardzo musiałam się postarać żeby się nie skrzywić.
- Tylko pozazdrościć. Za dwadzieścia lat wszystkie będą ci zawistne - odezwała się Caroline.
- Ty będziesz już po liftingu - zarechotała jej koleżanka Vera.
Spierdalaj, lepszy lifting niż twoja sztuczna dupa.
- O nie wierze, chcesz zrobić sobie dupę, idiotka! - I znów zaczęły się śmiać.
Chyba nie zrozumiałam ich poziomu... Dodatkowo ta muzyka w tle. Nie nazwałabym tego muzyką, ale umówmy się, że nie będziemy krytykować żadnego rodzaju. Niepewnie podniosłam wzrok na Toma, który popalał papierosa, chociaż nie... to chyba nie był papieros...
- Więc panienki i Forbes, koniec ploteczek. - Do pomieszczenia weszli Fletcher, Camerona oraz Luke, a mój wzrok zawisł na tym ostatnim. Poczułam się troszeczkę spokojniejsza. - Co tam ciekawego? - Cmeron usiadł między dziewczynami.
Opieprz się, Hudson. - Es dźgnęła go w bok. - Ciasno się zrobiło. - Zaśmiał się znacząco.
Ta rozmowa, ich słownictwo... Może ja naprawdę się do tego nie nadawałam? Dopadły mnie okropne wątpliwości. Chciałam wyjść, wrócić do posiadłości, zapomnieć o Luke'u, dla którego w ogóle wyszłam do ludzi. Przełknęłam głośno ślinę.
- Peszycie Aspen. - Usłyszałam głos Fletchera. - Jesteście okropni. - Łyknął coś, co chyba było drogą whisky, ale nie jestem pewna.
- Ojoj, Aspen jest bardziej brudna niż wy tu wszyscy, prawda? - Care sięgnęła po papierosa, albo jonita, którego Cameron przykładał do ust i wystawiła go w moją stronę. - Rozerwij się, młoda.
- Nie palę. - Dopiłam drinka do końca. Na całe szczęście było w nim więcej pepsi niż wódki. Dzięki ci Tom!
- Szkoda. - Dziewczyna zaciągnęła się dymem.
Przez kolejne piętnaście minut jednym uchem wpuszczałam ich rozmowy, by drugim je wypuścić, skupiałam wzrok na Luke'u i zastanawiałam się jaką drogę ucieczki obrać. Nie byłam w stanie przekonać się do tego typu rozrywki.
- O czad, kocham ten kawałek! - krzyknęła Vera i porywając Caroline do tańca, zaczęły poruszać się w rytm melodii, której nigdy wcześniej nie słyszałam. Po chwili dołączył do nich Fletcher, a ja westchnęłam ciężko.
Sulivan chyba zorientował się, że mam dość, gdyż wstał, otrzepał spodnie i spojrzał po towarzystwie. On nie wypił nic, ponieważ prowadził, ale wypalił dwa zwyczajne Marlboro ze swojej kieszeni.
- Będziemy się zwijać. Mamy inne plany. - Pozostali zarechotali znacząco, a Es wywróciła oczami.
- Tak to się teraz nazywa, inne plany. - Care ucałowała Luke'a w policzek, a później ze mną zrobiła to samo. Niepewnie roztarłam błyszczyk na kości jarzmowej. - Do zobaczenia, huh?
- Chyba tak - palnęłam.
- Miło było pogadać. - Tommy przybił z Luke'iem piątkę, a potem ucałował moją dłoń.
I robiła to każda kolejna osoba, co sprawiło, że czułam się dziwnie niezręcznie. Jeszcze raz tak bardzo jak przez cały wieczór. Dopiero Cameron zmienił taktykę i po muśnięciu mojego polika, wyszeptał mi na ucho.
- Wbijaj jak Sulivan cię zanudzi. Ja jestem zabawniejszy. - Puścił mi perskie oczko i oblizał usta. Wtedy naprawdę chciałam być już jak najdalej stąd...

~*~


Milczałam wpatrując się w jeden punkt na desce rozdzielczej pick-upa. W samochodzie było odrobinę cieplej niż w posiadłości Camerona Hudsona, ale mimo wszystko czułam chłód. Moje uszy pieściła cichutka muzyka, która leciała z radia. Luke włożył płytę do odtwarzacza, gdy wyjeżdżaliśmy, a była to płyta Pink Floyd. Atmosfera zrobiła się zupełnie inna. Nie miałam w sobie takiego skrępowania, mogłam spokojnie się zamyślić i nawet nie udawać, że potrzebuję coś powiedzieć na dany temat. Luke również milczał, wystukując palcami rytm na udzie. Nie była to jednak krępująca cisza. Lubiliśmy ją, przynajmniej ja lubiłam. Odezwałam się więc dopiero gdy skręcił w stronę wrzosowisk.
- Jedziemy do pensjonatu? - zapytałam. Chłopak tylko uśmiechnął się szelmowsko, następnie motając mnie swoimi błękitnymi oczyma.
- Chcesz pójść ze mną gdzieś jeszcze? - wzruszyłam ramionami. - Przyznaj się, Aspen, masz ochotę pokręcić się przy mnie.
- Okej, przyznaję - odparłam. - Jesteś tu jedyną osobą, którą tak właściwie trochę już znam. - Uznałam, że to wytłumaczenie będzie trafne. Luke zaśmiał się i pokręcił z niedowierzaniem głową, a potem zawrócił.
- Nie rozumiem cię - powiedział. - Dlaczego tak ciężko jest z kimś pogadać?
Musiałam zastanowić się nad odpowiedzią, na szczęście on nie naciskał. Moje przemyślenia zajęły sporo minut, nawet nie zorientowałam się kiedy straciłam poczucie czasu. No bo, ugh, rozpatrzmy to pytanie.
 Dlaczego tak ciężko jest z kimś pogadać? Jeśli ta osoba nie zamierza gadać? Nie chcę wyjść na idiotkę przy obcych ludziach... Powinnam poczekać aż ktoś wykaże chęci rozmowy ze mną. 
Kierowałam się tym przez całe życie, dlatego tak naprawdę nigdy nie miałam z nikim lepszego kontaktu niż z mamą. Rówieśnicy okazali się chyba najbardziej problemowi. Nikt przecież nie rozważa opcji zawarcia nowej znajomości z kimś, kto siedzi cicho, okazyjnie mrucząc pod nosem „tak" lub „nie". To dwudziesty pierwszy wiek. Teraz ocenia się ludzi. Krytykuje za inność. Spisano kiedyś słowa: „Drzazgę w cudzym oku dostrzeżesz, belki w swoim nie widzisz". No bo przecież wszyscy jesteśmy tolerancyjni. W kwestii seksualności, koloru skóry, wyznawanej religii. Kiedy dochodzi do konfrontacji dwóch osób z różnym poglądem na codzienność... tolerancja się kończy. Uznałam więc, że lepiej milczeć, niż być braną za wariatkę. Lecz dla paradoksu. Skoro „normalność", jako pojęcie względne, jest zła w dwudziestym pierwszym wieku, bowiem tylko wariaci są coś warci.
- Wystarczająco wstydu robię sobie samym nic niemówieniem - palnęłam, gdy Luke stanął przed wysoką bramą przy kolejnej wiktoriańskiej posiadłości, podobnej do tej, w której mieszkał Cameron. - Luke, chyba wolę wrócić do domu niż...
- Spokojnie, kaczuszko, nie wysiadaj, jedziemy dalej. - Zmarszczyłam nos, ale postanowiłam nie pytać. - No i wcale nie robisz sobie wstydu. Po prostu mnie rozbawiasz. - Uczynił jak powiedział, to znaczy wyciągnął pęk kluczy ze schowka w pick-upie i nawet nie gasząc silnika poszedł otworzyć mosiężną bramę.
Zastanawiałam się do kogo z kolei należała ta posiadłość. W żadnym oknie jednak nie paliło się światło, a było przed ósmą. Prawdę mówiąc styl, w którym postawiono obie budowle, przypominał trochę kreację zewnętrzną Pokreślonego Domu, ale czy to miało jakiś związek? Może historyczny? Nie wiedziałam, a gdy Luke wrócił, zapomniałam o swoim zaciekawieniu. Samochód ruszył znów. Wtedy bardziej skupiłam się na tym, co widniało za oknem.
Crow Cove miało samo w sobie wiele tajemnic, ale nigdy w życiu nie spodziewałabym się czegoś tak absorbującego za jedną, mosiężną bramą. Jechaliśmy trochę zarośniętą ścieżką pod górkę. Z jednej strony płynęła rzeka, która chyba wpadała do kanału La Manche, a z drugiej widniały bagna. Wszystko okalały różne okazy drzew, a że była jesień, ich zmokła woń roznosiła się wzdłuż i w szerz całej doliny.
- Pięknie tu. - Udało mi się wydusić tylko te dwa słowa, co rozbawiło Luke'a. Skinął, wskazał na przednią szybę. Gdy zaparkował, mogłam dostrzec niesamowicie zakończone urwisko.
Bez słowa otworzyłam drzwi i ruszyłam przed siebie. Stanęłam dopiero niedaleko skały na listowiu. Byliśmy w lesie, chyba prywatnym, lecz nie przejmowałam się konsekwencjami. Warto było zobaczyć to miejsce. Warto było pobrudzić buty błotem i warto było przesiedzieć tę godzinę w towarzystwie znajomych Luke'a. Zerknęłam w dół. Pod nami rozrysowała się plaża, na którą zejścia odnaleźć nie mogłam. W dole walały się tylko trzy potężne drzewa, wywrócone korzeniami w górę. Najbardziej ujął mnie mimo wszystko kanał La Manche, którym spokojnie moglibyśmy teraz przeprawić się do samej Francji.
Wow, nie? - Chyba zaczęłam przyzwyczajać się do zachodzącego mnie od tyłu Luke'a. - Jakieś sto lat temu stał tu drewniany domek, ale sztorm go pochłonął i zawalił drzewa. Trochę pobojowisko, jednak całkiem ładne.
- Nie jest ładne. - Mój głos brzmiał inaczej. Tak, jakbym właśnie tworzyła najlepszy swój obraz. Wpatrywałam się w dal z rozmarzeniem. - Jest cudownie.
- To bardziej ci się podoba niż zamknięta impreza u Cama, hm? - Pokręciłam twierdząco głową.
- Zdecydowanie, Luke. - Uśmiech ozdobił moje usta, a potem spojrzałam na auto. - Usiądźmy na pace. - Chłopak zmarszczył nos. - Kurczę... Czytałam kiedyś książkę, Nicholasa Sparksa... - Oblizałam usta. - On też miał pick-upa i zabrał ją na spacer, po czym usiedli na pace tego pick-upa i...
- Najdłuższa podróż. Moja mama to czytała. Jest taki film, wiesz? - Luke wszedł najpierw na maskę, dopiero później przez dach znalazł się na pace i klapnął z westchnięciem.
- Wiem. - Próbowałam powtórzyć jego ruchy, jednak bez pomocy chłopaka nigdy by mi się nie udało. Sięgnął po moją dłoń. - Ale nigdy nie miałam okazji się za niego zabrać. Mało oglądam, więcej czytam. - Miałam krótsze nogi niż on, dlatego przedostanie się przez dach graniczyło z cudem. - Umn...
- Chodź. - Podniósł się. - Zamknij oczy. - Poczułam jak łapie mnie w tali i przeciąga na pakę, by ostatecznie móc posadzić tuż obok siebie. - Siedzimy na pick-upie, zadowolona?
- Bardzo zadowolona. - Spojrzałam w niebo. - Chociaż trochę dziwi mnie to, że wiesz o książce. Nie w tym sensie, w sensie, że zapamiętałeś co czytała twoja mama.
- Właściwie to później obejrzałem film z ciekawości. - Wyciągnął papieros z kieszeni kurtki. - Będzie ci przeszkadzać jeśli...
- Nie, pal. - Wzruszyłam ramionami.
- Właściwie powinnaś to obejrzeć.
- Hm? - Podniosłam głowę, by na niego spojrzeć.
- Powinnaś obejrzeć Najdłuższą Podróż, jeśli spodobała ci się książka, film na pewno też polubisz. - Zaciągnął się dymem.
- A tobie się podobał? - Luke oblizał usta, następnie przegryzając dolną wargę.
- Tak, był w porządku, umn... ja...
- Nie chcesz o tym mówić? - Sama nie wiem dlaczego, ale poczułam, że Luke próbuje nieudolnie zmienić temat. Jakby miał jakieś wspomnienia związane z tym filmem, a może tu nie chodziło o film. Może chodziło o osobę, która natchnęła go do obejrzenia produkcji? Mogło chodzić o mamę Luke'a? Zmarszczyłam czoło.
- Teraz ja zabrzmiałem dziesięć razy tak idiotycznie jak ty od początku naszej znajomości. - Oparł się o pakę, prostując nogi na sam dach.
- To było niemiłe... - Spojrzałam na jego wyciągnięte ciało. - Albo szczere.
- Szczere i niemiłe - zaznaczył by później się roześmiać. - Może i nie jesteś zbyt kontaktowa, ale to nie sprawiło, że cię nie lubię. Lubię cię, Aspen.
Przez chwilę zastanawiałam się jak to odebrać. Nic nie mówiłam, po prostu patrząc na korony drzew, rozrastające się nad nami. Niepewnie usiadłam tak samo, jak siedział on. Chociaż do Luke'a wyglądałam jak dziecko. Jak kot domowy, rozciągnięty przy tygrysie.
- Ja też cię lubię, Luke - mruknęłam pod nosem, czując na sobie jego wzrok.
- Dlaczego? - Zgasił niedopałek o kolano, przy okazji przypalając trochę i tak podziurawione spodnie.
- Lubię intrygujących, tajemniczych ludzi, chociaż nie powinnam. - Coraz łatwiej mi się z nim rozmawiało.
- Jest we mnie coś intrygującego? Aspen, proszę cię. Pracuję w barze, mam nietrzeźwych znajomych, mieszkam w małym miasteczku i jeżdżę pick-upem. Co cię we mnie intryguje?
- Całokształt - odparłam niemal od razu, wciąż wpatrując się w drzewa. - Mówi się, że kobiety są małostkowe, a to faceci oceniają całość, jednak tak jakoś...
- Ciągnie cię do mnie. - Przytaknęłam, czując wypieki na polikach, ale mogłam przecież wytłumaczyć się chłodem. - Bo jestem przystojny? - Zaśmiałam się tylko. - Dzieciaku... - Pokręciłam głową z niedowierzaniem, ciągle się śmiejąc. - Ej...
- Widzisz, tak czuję się przez większość czasu! - Spojrzałam na niego. - Nie, Luke. Ciągnie mnie do ciebie, bo wydajesz się być niebanalny. Gdybym oceniała w ten sposób, chyba uległabym niemoralnym propozycjom Camerona. Ale ja nie chcę nic więcej prócz po prostu... przebywania w twoim towarzystwie. Nie zamierzam cię prześladować, ale czasem uczepię się. Jak na dzieciaka przystało.
Sulivan chyba trochę oniemiał, ponieważ nie bardzo wiedział jak odpowiedzieć na moją pierwszą, sensowną gadaninę. Uśmiechnął się lekko, wyciągnął następnego papierosa i znów beztrosko spojrzał w dal.
- Masz siedemnaście lat, Aspen Barymoore, a zamiast szukać sobie faceta rysujesz. Zamiast mieszkać w Nowym Jorku, jeździsz z mamą po świecie. Zamiast palić, pić i brać, wracasz do domu na czas. - Mój wzrok uciekł na jego profil. - Jesteś wyidealizowaną wersją siebie. I myślę, że to będzie ciekawe.
- Co będzie ciekawe?
- To, co teraz robimy.
- Ale przecież my nic... - Położył palec na ustach. - No dobrze...
Nic więcej nie mówiąc, wróciłam do rozkoszowania się chłodem listopadowej nocy.







Brak komentarzy:

Prześlij komentarz