Kolejne dni były o wiele cieplejsze niż poprzednie. Słońce wyszło zza chmur, a kolorowe liście kąpały się w jego promieniach, sprawiając, że człowiek coraz chętniej wychodził na spacery. Uwielbiałam spokój, który panował w Crow Cove. Kiedy przechadzając się po wrzosowiskach byłam w stanie usłyszeć, jak martwe liście chrupią pod moimi butami, potrafiłam oddać się tej muzyce w pełni. Szum nienagich jeszcze drzew, gwizd zawiei. Przyroda wpływała na mnie niesamowicie, wtedy potrafiłam zamyślić się na dobre, kontemplować sens istnienia, albo wyobrażać sobie twarz pewnego przystojnego blondyna, nieważne. Zmierzam do tego, iż nie była istotna treść moich myśli, istotny był fakt, że mogłam po prostu iść, wdychać do płuc to ostre, jesienne powietrze, opuścić powieki i rozkminiać. Jakbym znalazła się zupełnie w innym świecie. Myśli ulatywały jedna po drugiej, zmartwienia bez większych ceregieli ginęły w tłoku, jakby w ogóle ich nie było. Istniałam wyłącznie ja po środku listowia. Zupełnie sama, przepełniona niewinnością i beztroską. Niczym prawdziwe, nieświadome dziecko. Bo czasem warto wracać do tego, co dziecinne. Kiedyś świat wydawał się przecież taki piękny, kolorowy, pełen cudownych aspektów. Potem dorosłam i zgubiłam gdzieś swoje marzenia, spostrzeżenia, a niewinność spłonęła w ogniu nieprawych myśli, uczuć, czynów. Każdy dorasta, ale nie każdy wyzbywa się swojej wewnętrznej delikatności, wrażliwości na świat. Ja miałam tylko siedemnaście lat, owszem. Nie wiedziałam nic o dorosłości, przynajmniej nie powinnam była wiedzieć. Nie mówię, że moje życie wyglądało jak beznadziejny tor niepowodzeń, jasne, że nie. Po prostu... zostałam zobligowana by prędzej dorosnąć. Zmieniałam swoje miejsce zamieszkania tak wiele razy... Mama wiele razy opowiadała mi o sobie, o tym jak wyglądało jej dzieciństwo, jak wyglądała jej młodość. Mówiła o wszystkim, począwszy od powodzeń, skończywszy na porażkach, a ja przejmowałam się tym bardziej niż powinnam. Oczywiście nie miałam jej za złe, bo komu innemu miała się wylać? Niemniej nie zdawała sobie sprawy z tego, że niektóre zdarzenia będę rozkładać w głowie na czynniki pierwsze, a wykonując takie operacje coraz częściej zacznę myśleć trochę inaczej. Zgadza się. Miałam tylko siedemnaście lat, byłam... dzieciakiem. Ale wiedziałam dużo o otaczającym mnie świecie. Dostatecznie dużo, by stwierdzić, że całą sobą nie chcę dorastać. Lecz taka jest kolej rzeczy. Rodzimy się, poznajemy to co dobre, dorastamy - dotyka nas zło. Upadamy, czujemy bezsens, a potem motywujemy się by wstać.
O ironio. Poczułam jak tracę grunt i ląduję kolanami na chodniku. Środowego popołudnia zdecydowałam, że pospaceruję po miejscowym parku, ale nie byłabym sobą gdybym wychodząc z niego, nie zahaczyła butem o krawężnik. Moje poliki oblał rumieniec wstydu. Na szczęście nikt szczególny tego nie widział... No oczywiście, wykrakałaś.
- Aspen, nic ci nie jest? - Usłyszałam zmartwiony, męski głos. Tommy Forbes podbiegł do mnie prędko i pomógł wstać, na co stałam się wręcz purpurowa.
- Nie, wszystko gra, dziękuję. - Spuściłam wzrok na swoje buty, by nie musieć patrzeć mu w oczu. - Jestem po prostu niezdarna.
- A tam zaraz niezdarna, chodnik krzywo położyli. - Zaśmiałam się cicho, bo powiedział to takim tonem, jakby mówił o najbardziej oczywistej oczywistości. - Ale masz zimne łapki. - Dopiero wtedy zorientowałam się, że wciąż trzyma moją rękę, dlatego niepewnie ją zabrałam i schowałam do kieszeni bordowego polaru, który miałam na sobie. - Nie wyznajesz kurtek, hm? - Skinęłam. Nie chciałam odstraszać Toma swoją małomównością. Był taki uprzejmy...
- Tak, nie znoszę kurtek, dlatego cały rok mam katar - przyznałam szczerze. Dalej, Aspen, przełam się!
- A w grudniu? - Chłopak uniósł obie brwi.
- Bunkruję się w domu. Zapadam w sen, jak niedźwiedzie. - Tym razem to Tom się zaśmiał, a potem jakby nigdy nic objął mnie ramieniem.
- Chodź, napijemy się kakao... oczywiście jeśli masz wolną chwilę, ale śmiem podejrzewać, że piekielnie się nudzisz. - Był taki otwarty... Nawet Fletcher mówił mniej niż Tommy, a Fletcher mówił ponad wszelką wątpliwość zbyt wiele w krótkim czasie.
- W sumie to wiedziałam, że idziesz i zwabiłam cię do siebie podstępem, bo potrzebuję towarzystwa - powiedziałam, unosząc głowę. Tom ciągle promiennie się uśmiechał, a to dodało mi odwagi.
Wciąż objęta przez Forbesa, minęłam zakręt, by po drugiej stronie Bridge Street dostrzec starty już napis „Doll's House" na szybie starego, wiktoriańskiego budynku. Kawiarnia była przytulna, niewielka, wyposażona w kilka drewnianych stolików. Przy każdym stały przynajmniej dwa krzesełka, których oparcia przypominały wiklinowe serca. Na ścianach natomiast zawisły trzy plakaty tej samej wielkości. Pierwszy przedstawiał kobietę z lat pięćdziesiątych, która nalewała kawę jakiemuś mężczyźnie, następny był rysunkiem babeczki, a pomiędzy nimi znalazł się taki z kaligraficznym napisem „smacznego!". Wszystkie czarno-białe. Cała kawiarnia była utrzymana w przybrudzonym, różowym kolorze, który idealnie zgrywał się z ciemnodrewnianym umebleniem.
Poczułam ciepło, które przeszło mnie całą, dodatkowo przyjemna woń świeżych ciastek pieściła nozdrza... mogłabym zostać tam do rana. W tamtej chwili byłam już pewna, że znalazłam to ogrzane, zaciszne miejsce, gdzie miałam przychodzić codziennie, by móc oddać się rysowaniu.
- To jest twoje... - Z zamyślenia wyprowadził mnie głos Toma. Chłopak postawił przede mną szklany kubek wypełniony gorącą czekoladą, a sam trzymał w dłoni filiżankę ze zwyczajną, czarną kawą - a to moje. - Uśmiechnął się znów. Zaczęłam się zastanawiać, czy uśmiech w ogóle schodzi z jego ust.
- Dziękuję, naprawdę dzięki, zaraz ci oddam...
- Daj spokój, Aspen, stać mnie na postawienie dziewczynie kakao. - Machnął ręką.
- No tak, ale... - Założyłam włosy za uszy. - Dziękuję.
- Drobiazg. - Oblizał spierzchnięte wargi, a ich owiany stan zdecydowanie przeszkadzał chłopakowi, dlatego zdecydowałam się mu pomóc. Wyciągnąwszy z kieszeni bluzy małe pudełeczko, podałam je Tomowi. - Co to?
- Wazelina - odparłam bez namysłu, na co zaśmiał się znacząco. - Na twoje usta. Żeby nie pękały - wyjaśniłam.
- Mhm... moja seksowna wyobraźnia podpowiada co innego. - Mimo uprzedzeń otworzył pudełko i posmarował swoje wargi kojącą mazią. - Mmm... pomarańczowa!
- Mam jeszcze czekoladową, ale wolę tę, bo tamtą zjadam. - Chłopa zarechotał, chcąc oddać mi pudełeczko, ale skinęłam na niego. - Zatrzymaj, tobie bardziej się przyda.
- Wazelina. - Pokręcił z niedowierzaniem głową, lecz ostatecznie wrzucił niewiadomy powód żartów do kieszeni. - Luke'owi też dałaś?
- Wazelinę? On chyba nie potrzebuje. Sama nie wiem, czy to ma znaczenie? - Zmarszczyłam nos. - Tylko się nie udław ze śmiechu. - Wywróciwszy oczyma, pomieszałam gorącą czekoladę i wzięłam łyk. - Chciałam dobrze, Tom!
- Wiem. - Otarł łzy rozbawienia. - I nie mów mi Tom.
- To twoje imię, jak mam mówić?
- Tommy. - Wzruszył ramionami. - Tom brzmi poważnie. Tommy pasuje do śmieszka, którym jestem.
- W porządku, Tommy. - Uśmiechnęłam się szeroko. Bez narkotyków, papierosów, alkoholu i dziewczyn dookoła był naprawdę w porządku. Polubiłam go.
- No, a teraz opowiadaj, ty i Luke. - Poruszył zabawnie brwiami.
- Ja i Luke co? - Nim się obejrzałam opróżniłam kubek do połowy. - Nie widziałam go od kilku dni. Ostatnio w niedzielę, bo wpadł przynieść pani Jenkens jakieś pudła. Chyba nie miał humoru, więc nie rozmawialiśmy zbyt długo.
- Ach... no tak. - Tommy sięgnął po swoją kawę. - Luke ma napiętą relację z babcią i się wkurza na całą sytuację. Ma teraz... trudny okres w życiu. Dlatego byłem zaskoczony, że przyszedł na imprezę, dodatkowo z dziewczyną.
- Och, rozumiem. - Właściwie nie rozumiałam, ale nie chciałam dowiadywać się o problemach Luke'a z ust Toma. To byłoby nie fair wobec tego pierwszego. - Słyszałam o „złej opinii" i innych tego typu bzdetach.
- To sprawy sprzed lat, Aspen. - Tommy potarł kark. - Wiele się w nim zmieniło... Opowiadał ci o...
- Nie - weszłam mu w słowo. - Nie opowiadał, dlatego ty też nie mów.
- Nie jesteś ciekawa?
- Szanuję go i z szacunku nie będę o nim dłużej rozmawiać. - Forbes uśmiechnął się znów, tym razem jego uśmiech był jednak pełen uznania.
- Dobra z ciebie partia - mruknął. - Luke to mój najlepszy kumpel, przynajmniej był nim przed... tym... Myślę, że spadłaś mu z nieba.
Nie odparłam nic, a Tom po prostu zmienił temat, jednak moje myśli wciąż krążyły wokół Sulivana. Zastanawiałam się co przeżywał i tak nagle zapragnęłam go wesprzeć, choć nawet nie wiedziałam czy byłabym w stanie.
~*~
Bezczynnie wpatrywałam się w wybrakowany sufit, jakbym podświadomie próbowała zliczyć jego uszkodzenia, bądź przecieki. Nie miałam pojęcia dlaczego to robię, ale nie potrafiłam znaleźć sobie innego zajęcia. Czułam przeżerającą mnie od góry do dołu pustkę. Ja byłam, żeby być. Oddychałam, żeby oddychać, jakby moja egzystencja nie miała najmniejszego celu. Jakbym okryła się bezsensem. Słyszałam wyłącznie deszcz, który opadał na szyby, raz po raz zagrzmiało... Słyszałam swoje własne zaciąganie się powietrzem, bicie serca i chyba tylko ta fizyczność sprawiła, że byłam pewna, iż nie umarłam. Słyszałam myszy harcujące pod podłogą. Słyszałam muzykę graną przez stary pensjonat na wrzosowiskach. Wiekowe budynki mają bowiem w sobie coś, co pozwala udowodnić, że one żyją. Mieszkania nie, tylko domy tak potrafią, bo kiedy człowiek wyłączy górnolotne myślenie, ustanie, nie poddając się gnającej do przodu codzienności, kiedy człowiek zechce posłuchać - skrzypiące, spróchniałe już deski opowiedzą niesamowite historie o tych właśnie, którzy nie chcieli słuchać. Na podstawie wydawanych dźwięków, na podstawie ukrytych przejść, na podstawie mosiężnych mebli, na podstawie wszystkiego, co kiedykolwiek zostało dotknięte ludzką dłonią. Wystarczy rozejrzeć się dookoła, wsłuchać, poczuć i po prostu oddać... Lubiłam to i ceniłam w sobie, iż potrafiłam tak od czasu do czasu znaleźć się po drugiej stronie. Czułam, jakbym żyła w dwóch różnych światach - w tym realnym, na który zazwyczaj się wyłączałam - i w swoim własnym, gdzie wolałabym spędzić życie. Nagle zorientowałam się, że łzy spływają po moich policzkach. Tak bez uzasadnienia, gdy leżąc po środku wielkiego, małżeńskiego łoża z ołówkiem na piersi i zeszytem rozłożonym tuż obok, rozpłakałam się na dobre.
Mimo wszystko twarz przetarłam w porę, ponieważ ni stąd, ni z owąd drzwi pokoju uchyliły się z łoskotem. Podnosząc się na łokciach, spostrzegłam kogoś, kogo nie spodziewałabym się o tej godzinie w pensjonacie. Dochodziła przecież północ. Zmarszczyłam więc nos, kiedy bezceremonialnie rzucił się na materac, przy okazji kładąc sobie mój zeszyt na brzuchu. Nic nie mówił. On tylko leżał i tak jak ja wpatrywał się w sufit. Niepewnie wróciłam do poprzedniego zajęcia, lecz nie potrafiłam się skupić.
Mój wzrok uciekł na jego przystojną buzię, delikatnie rozchylone wargi, przekłute czarnym kolczykiem, przymrużone oczy, zadarty nos, wydęte policzki. Niby zwyczajny, taki jak w niedzielę, kiedy widziałam go po raz ostatni, ale zdawało mi się, że Luke'a coś trapi, że potrzebuje osoby, która... wesprze go. Jednak co miałabym powiedzieć, nie znając jego życiowej sytuacji, a wypytanie chłopaka odpadło na starcie. Nawet nie drgnął. Wciąż po prostu leżał, wpatrywał się w sufit i oddychał coraz wolniej, pełną piersią. Niemniej czułam, że coś nie gra. Ktoś zburzył, albo coś zburzyło granicę między tym trochę przerażającym, sarkastycznym Luke'iem, którego poznałam w Pokreślonym Domu, a między dawnym przyjacielem Toma Forbesa. W tamtej chili zapragnęłam poznać jego obie strony. Jakkolwiek niewłaściwe było pchanie się w relację z tajemniczym Sulivanem, pragnęłam niewłaściwego.
Przysunęłam się trochę, usiadłam i otworzyłam zeszyt, który wcześniej trzymał on, na ostatniej stronie. Luke przeniósł na mnie pytające spojrzenie, podczas gdy ja zapisałam coś w lewym, górnym rogu.
2015-11-17. L.S.
- Wylej się - mruknęłam, podając mu zeszyt. - Obrócę się, a ty wyrzuć tu wszystko, możesz potem zabrać tę kartkę. - Musiałam odchrząknąć, ponieważ mój głos zmienił się przez długie milczenie. Koniec końców nie odezwałam się słowem od kolacji, bo nie miałam nawet do kogo.
- Po co? - Luke uśmiechnął się kpiąco. - Jaki sens ma... to? - Chłopak niczym uderzony przez piorun począł ruszać ręką w górę i w dół, a potem w prawo i w lewo, po chwili zagryzdał wszystkie strony świata na kartce. - Już. Oto co, kurwa, czuję.
- Lepiej? - Pokręcił przecząco głową, dlatego przewertowawszy stronę próbowałam ująć jego dłoń w swoją, jednak była za duża... duża, miękka i zimna. Luke tylko wywrócił oczami, a podawszy mi ołówek, to on prowadził moją rękę.
- Co teraz? - Dla wygody usiadłam jak dziecko na jego kolanach.
- Zamknij oczy, odchyl głowę i wyobraź sobie coś. Cokolwiek. - Wykonał polecenie. - Narysuj to moją dłonią.
- Żartujesz? - Zaśmiał się szczerze. - Nie narysuję... tego
- Narysujesz, obiecuję, tylko musisz zdradzić co to było. - Obróciłam głowę, czując przyjemne ciepło, rozlewające się po całym wnętrzu mojego ciała. Nie wiedziałam, że jesteśmy tak blisko, ale Luke'owi ta bliskość nie przeszkadzała.
- Empire State Building... Panorama Nowego Joru z perspektywy wieżowca... - wyszeptał, na co skinęłam. Nigdy w życiu nie dostałam się na Empire, nawet bym na to nie wpadła, jednak próbowałam wyobrazić sobie wizję Luke'a, który niespodziewanie zaczął prowadzić moją dłoń.
Obrazek stworzyliśmy razem w milczeniu i skupieniu, lustrując kartkę w każdym calu. To była nasza wspólna praca, wymyślona przez niego. Czułam oddech Luke'a na swoim karku. Wtedy było mi lepiej, chociaż wiele się nie zmieniło, wciąż rysowałam, wciąż słyszałam tylko bicie serc... tyle że dwóch. Co w sumie całkiem zmodyfikowało sytuację. Nie byłam sama. Miałam obok żywą osobę, która również czuła, rozmyślała, tworzyła... Jeszcze nigdy nie czułam się tak pełna jak wtedy, gdy miałam go przy sobie.
- Kiedyś zobaczę Nowy Jork z tej perspektywy i to porównam - powiedział, gdy skończyliśmy.
- Ten budynek będzie bardziej na prawo. - Powiodłam palcem wzdłuż nijednolitej struktury kartki. - A ten powinien być większy.
- Stałaś...
- Nie. - Zaśmiałam się. - Tak myślę.
- Pożyjemy zobaczymy. - Luke zaczął wertować zeszyt, jakby to było dla nas normalne. Jakby każdego wieczoru zjawiał się znikąd, sadzał mnie sobie na kolanach i sprawdzał, czy przypadkiem nie narysowałam czegoś nowego.
- Możesz tego nie ruszać? - Westchnął, lecz w ostateczności oddał mi moją własność. - Dziękuję. - Przez chwile po prostu patrzyliśmy sobie w oczy. - Co tu robisz, Luke?
- Aktualnie siedzę. - Wywróciłam oczyma. - Wpadłem do babci z... pudłami... długa historia. - Machnąwszy ręką poprawił poduszkę pod swoją głową. - Zaczęła się burza, dlatego kazała mi zostać, a teraz... - Wyłożył się na materacu. - Idę spać.
- Umn... okej. - Niepewnie przeczesałam wilgotne po kąpieli włosy palcami. - Tyle, że... to moje łóżko.
- Serio? Nie zauważyłem. - Luke zachichotał cichutko.
- Ten pensjonat ma z dziesięć sypialni.
- A ja wybrałem twoją - szepnął, dlatego bez słowa wstałam z posłania. - Hej, Aspen, a ty gdzie?!
- Prześpię się w jednej z dziewięciu pozostałych. - I zniknęłam za drzwiami, zostawiając całkiem osłupiałego Luke'a samego.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz